Dni Kariery 2017, czyli nie ma pracy w moim zawodzie


W czwartek 16 marca miałam okazję uczestniczyć w katowickiej edycji Dni Kariery, która odbyła się w hotelu angelo by Vienna House - tym wielkim, betonowym klocku przy Sokolskiej. Jako młoda dziennikarka z aspiracjami, wybrałam się poszukać sensownej pracy, bo i mieszkanko by się przydało, i te codzienne dojazdy z Zabrza denerwują, a pieniążków mało. Oczywiście rozglądałam się za zatrudnieniem, które jest w jakikolwiek sposób powiązane z moim kierunkiem studiów. Czy je znalazłam? Oczywiście, że nie! Pomimo tego serdecznie zapraszam na relację z imprezy, bo zdecydowanie jest o czym opowiadać.

MAM PUSTO W CV

Zauważyłam to, bo musiałam rano wydrukować parę kopii dla pracodawców w celu podzielenia się swoim nieistniejącym wykształceniem i doświadczeniem. Z bólem zauważyłam, że w aplikacji mam jedynie wpisane trwające studia, sprzedaż obnośną w Oriflame i wolontariat na dziecięcym oddziale onkologicznym, który przydałby mi się może do pracy w przedszkolu, nie dziennikarstwie. Do tego miałam dopisany angielski na poziomie C1, który jest chyba jedyną mocną stroną mojego CV. Chciałam jeszcze dołączyć wzmiankę o biegłej obsłudze komputera, ale zrezygnowałam, bo kłamstwo ma krótkie nogi. A nóż-widelec musiałabym pracować na Ubuntu i nie potrafiłabym zamknąć okna dialogowego? Wtedy dopiero byłby wstyd! No, więc zabrałam te aplikacje i wybrałam się do angelo by Vienna House uprzednio kupując w świeżo otwartej Żabce kawę za złotówkę. Miałam też ze sobą dobrą znajomą z AIESEC, czyli organizacji, która organizowała powyższe wydarzenie.

GÓRCZYK VS. STARTUPY

Wejście do hotelu wiązało się z okazaniem ważnego biletu na Dni Kariery. Pokazałam więc swój i wpuszczono mnie do głównego holu pełnego firmowych stanowisk. Wiedziałam, że najpierw powinnam udać się do Silesionu, gdzie szukają pierwszorocznych dziennikarzy, ale zostawiłam to na później, bo za cholerę nie mogłam znaleźć ich straganu. Wybrałyśmy się więc na stoisko związane ze StartUpami, które niesamowicie interesują znajomą planującą otwarcie własnej firmy z grającymi lustrami. Przedstawiciel nudził niesamowicie i niemal zasnęłam, Nic dziwnego, bo przecież zupełnie nie interesuję się przedsiębiorczością. Odeszłam więc od stoiska nadal nie mając pojęcia, co kryje się pod pojęciem StartUpu. Cóż, miałam nadzieję, że ktoś inny mi to wytłumaczy, bo ciekawskie ze mnie dziecko. Na szczęście spotkałam wesołego przedstawiciela organizacji AIESEC, który rozwiał moje wątpliwości i w ramach tego, że mam w krzyżu własną firmę, zaprosił do międzynarodowego wolontariatu. Niestety jego teoria poderwania pięknie ubranej i wymalowanej Górczyk spaliła na panewce i skończyła się na rozmowie o Czechach. Chociaż ja tam się cieszę. Może nie założę własnej firmy, ale mam możliwość kolejnej wizyty w Pradze za śmieszne grosze. Piękna sprawa.

SZUKAMY STAŻYSTY

Wybrałam się również do stoiska, które poszukiwało ludzi z dobrą znajomością języków obcych. Przedstawicielka pochwaliła mój angielski i zaproponowała wakacyjny staż w firmie. Prawie się zgodziłam, ale przypomniałam sobie, że nie studiuję filologii i powinnam wybrać się na praktyki związane z moim kierunkiem studiów. Zapytałam więc o pracę podczas roku akademickiego, ale z powodu dziennych studiów odmówiono mi kolejny raz, bo rzekomo nie będę dyspozycyjna, a grafik nie jest elastyczny. Doszłam do wniosku, że pozostaje mi jedynie McDonald's i rozlewanie piwa w Ambasadzie Śledzia. Tam na pewno mieliby dla mnie miejsce wieczorem, w przeciwieństwie do poważnych, międzynarodowych firm. Dorzucę jeszcze jedno - kolejne branżowe stoiska zaprosiły mnie również na miliardy praktyk, ale nikt nie chciał zaproponować mi stałego zatrudnienia. Katowicka telewizja również. A potem zostawiłam papiery firmie ubezpieczeniowej. Teraz czekam na odzew, może będę miała pracę.


Sami widzicie, że wydarzenie zakończyło się dla mnie całkiem optymistycznie. Jeśli chcielibyście wpaść na Dni Kariery odbywające się w waszych miastach (3 jeszcze zostały!), powyżej znajduje się rozpiska ukradziona z Kariery w finansach. Zapraszam, zapraszam, będzie fajnie.

15 losowych faktów o Górczyk na dobre zapoznanie się


Cześć, jestem Karolina, a wy pewnie skądś mnie znacie. Wiecie, jak wygląda moja twarz, co studiuję i gdzie mieszkam. Pewnie dlatego, że czytacie mojego bloga lub ewentualnie zaglądaliście na ten poprzedni. Jako wierni fani (uhuhu, ten żart mi wyszedł!), chcecie pewnie zdobyć nieco szerszą wiedzę na temat mojej osoby. Dlatego przychodzę wam z pomocą i prezentuję 15 losowych faktów o sobie. Ale takich sensownych, żebyście przypadkiem nie pomyśleli, że wpis jest o niczym, a mi się zwyczajnie nie chciało usiąść do felietonu.

1

Studiuję Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną, ale mam zerowe zdolności do publicznego przemawiania. Ze swoim problemem zwróciłam się swego czasu do Tomasza Kammela - przeczytałam jego książkę o prezentowaniu i obejrzałam chyba wszystkie odcinki Kammel Czanel. Jako że powyższych umiejętności nie udało mi się poprawić nawet o jotę, doszłam do wniosku, że zginę jako prasowiec lub reklamowiec, bo oni niczego publicznie nie prezentują.

2

Mam dość widocznie ułamaną prawą jedynkę. Nie pamiętam już dokładnie, w jaki sposób się skruszyła, bo miało to miejsce dobre parę lat temu. Podejrzewam jednak, że uczyniłam to na kapslu, bo byłam dość szaloną licealistką, której imponowali znajomi otwierający piwa na dziwne sposoby. Moglibyście pomyśleć, że złamany ząb nikogo nie interesuje, ale nowi koledzy często o niego pytają. I wtedy jestem zmuszona do tłumaczenia swojego nastoletniego debilizmu.

3

Chciałabym pracować w agencji reklamowej, ale przez wadę serca nie mogę brać amfetaminy. I nie mam pojęcia, jak wszystko pogodzić w przypadku takiego stanu rzeczy.

4

Piszę do internetu nieprzerwanie od 5 lat i nie wyobrażam sobie zaprzestania. Gdybym nagle musiała zmieścić teksty do szuflady, byłabym niesamowicie nieszczęśliwa. Uwielbiam dzielić się swoimi spostrzeżeniami, dlatego też wybrałam dziennikarstwo. I pisałam kiedyś te wszystkie blogi. I gazetkę w podstawówce.

5

Mam niesamowitą zdolność do przewracania się na prostej drodze i powinnam poruszać się na wózku inwalidzkim. Przeżyłam już kontuzje obu kostek, a przez całe lato mam sine i pozaklejane kolana. W zeszłym roku na przykład nadziałam się obydwoma na kamienny słupek parkingowy. Oczywiście nadal mam blizny, kiedyś wam je pokażę.

6

Jestem tragicznie uzależniona od mediów społecznościowych. Codziennie muszę sprawdzić Facebooka, Instagrama i Snapchata dobre 10 razy. Oczywiście nie siedzę na nich 24/7, bo mam też znajomych, ale skutki mojej obsesji bywają tragiczne. Gdy z powodu egzaminu nie mogłam sprawdzić społecznościówek przez jakieś 3 godziny, spędziłam całą drogę do domu sprawdzając, co się dzieje w wirtualnym świecie. Trochę chore, sama mogę to przyznać.

7

Nie znoszę kawy, a pomimo tego codziennie wypijam co najmniej 2. Moje tłumaczenie jest proste - napoje energetyczne zawierają masę cukru, a z powodu ceny codziennie ich kupowanie pozbawiłoby mnie drobnych na drożdżówki. Kawa natomiast zawsze jest w domu, a dobrze zrobiona wcale nie smakuje tak tragicznie. No chyba, że do śniadania lub zamiast, w takim przypadku wybrałabym chyba toksyny w puszce.

8

Uwielbiam kosmetyki do makijażu i z każdego otrzymanego przydziału pieniężnego muszę sobie jakiś kupić. W tym momencie moja kolekcja liczy jakieś 30 lakierów do paznokci, 10 szminek, 4 eyelinery, 4 tusze do rzęs,  wielką paletę cieni do powiek i masę innych pierdół. Mam dziwnie wrażenie, że moja obsesja nigdy się nie skończy i w końcu w owych kosmetykach utonę. A umiejętności makijażowe, co ciekawe nadal mam mocno średnie.

9

Uznaję wyższość filmów nad książkami i wiem, że zaraz zrobię burzę wśród przekonanych o swojej racji bibliofilów, Obejrzałam trzykrotność tego, co przeczytałam, więc również jestem pewna swego i kiedyś podenerwuję was bardziej i napiszę dłuższy tekst na ten temat. No bo mam rację, filmy są fajniejsze.

10

Jestem dziewczyną informatyka, która ledwo potrafi włączyć komputer. Uboga wiedza w tej dziedzinie nie przeszkadza mi jednak w spędzaniu połowy dnia przed monitorem. Piszę bloga, coś mieszam w prostej grafice i na czuja zmieniam kody HTML i CSS. Niczego więcej jednak nie umiem i nadal czekam, aż ktoś mnie nauczy instalować cracki do The Sims.

11

Nienawidzę miejsc dla palących, bo śmierdzą i jest w nich niesamowicie duszno. Czuję się tragicznie sfrustrowana, gdy po godzinnej wyprawie do szlugpubu muszę wrzucić do prania kurtkę, szalik i najczęściej również buty. Nie mówię, że unikam papierosów jak ognia, bo okazyjnie każdemu się zdarzy, ale jeśli już - koniecznie na dworze.

12

Wszystko leci mi z rąk, więc stłukłam już masę szklanek i zalałam piwem wiele dywanów na domówkach. Moim największym osiągnięciem jest chyba podlanie kawą cudzych notatek z ekonomii. Na szczęście, pomimo tego kolega zaliczył egzamin.

13

Lubię chodzić do kina, ale nigdy nie kupuję w tym drogim bufecie. Dlatego zawsze przemycam jedzenie z okolicznych spożywczych. Nawiązując po powyższego punktu, pamiętam, jak pewnego razu skusiłam się na konsumpcję piwa i akurat podczas bezdźwiękowej sceny upadła mi szklana butelka. Dobrze, że nie 3 rzędy w dół.

14

Jestem mistrzynią mówienia nieodpowiednich rzeczy w niestosownych momentach. Pamiętam, gdy podczas moich odwiedzin w szpitalu, na oddział przyszedł spowiednik. Jako, że wszyscy odmówili przystąpienia do sakramentu, ów wychodząc życzył zebranym błogosławieństw bożych. Wiecie, co dopowiedziałam? Nawzajem, proszę księdza! Podsumowując, od 20 lat dostarczam społeczeństwu niezapomnianych wrażeń.

15

Zbieram płyty CD i na razie moja kolekcja liczy 20 sztuk. Wszystkie stoją w równym rzędzie (i kolejności alfabetycznej) na półeczce, a ludzie przychodzą i podziwiają. Jeśli chcesz zrobić udany prezent, najlepiej kup mi płytę. Albo poinformuj o super promocji, wtedy zrobię to za ciebie,

Na tym chyba pozostaje mi zakończyć, bo mam wrażenie, że trochę mnie poznaliście. A nie chcę, żebyście wiedzieli o mnie wszystko, bo przecież wtedy nigdy tu nie wrócicie i nie będzie niespodzianki.

Pojechałam do Pragi - jedzenie, zakupy i mityczna marihuana


Witam ponownie w kolejnym odcinku serii o Pradze. Dziś opowiem wam coś o tym jak jedzą, co jedzą, z czego słyną w kuchni i jakie fajne produkty można w Czechach kupić. I o zielonym opowiem, bo ten temat zawsze wszystkich interesuje. Gwarantuję, że trzecim będziecie mocno zaskoczeni. Naprawdę mocno!

KNEDLIKI, NIE KNEDLE

Tematy kuchenne zaczniemy od nieporozumienia, które zrobiło mi w głowie niesamowity mętlik. Wybraliśmy się do restauracji, gdzie podali mnie i chłopu obiad. Widząc spłaszczony, ziemniaczany wyczyn na talerzu, zaczęliśmy się zastanawiać, co to może być. Mój facet doszedł do wniosku, że to na pewno knedle. Jako najbardziej czepialska osoba na świecie odparłam, że knedle to przecież czeskie kluski nadziewane owocami, a na talerzu ma pewnie jakieś placki. W ten sposób zgasiłam sama siebie, bo owe płaskie okazały się czeskimi knedlikami. Bo knedle-kluski oryginalnie pochodzą z Niemiec, a Czesi jedzą te śmieszne knedliki. Nadal jestem zawiedziona, bo uważałam nadziewane kluski za tamtejsze narodowe danie. Teraz powinnam odnaleźć kulinarnego erudytę, który przed wyjazdem powiedział mi, że w Czechach na pewno zjemy to popularne, nadziewane danie. Dzięki za zniszczenie mi dzieciństwa, stary.

Czeskim specjałem, również wartym uwagi, ale dostarczającym nieco mniej wątpliwości jest Trdelnik. Może nazywa się egzotycznie, ale to tylko ciastko drożdżowe posypane cukrem. Wyróżnia je jednak sposób przygotowania. Długi pasek ciasta zawijany jest na rurce i pieczony nad węglem, chociaż w piekarniku pewnie też coś by wyszło (bo my studenci potrafimy wszystko). Dzięki temu jest pusty w środku i można wepchnąć do niego coś pysznego, na przykład Nutellę, lody lub kaszankę. Tylko uważajcie na nadzienie, bo osobiście ubrudziłam sobie twarz, ręce i rajstopy. W samym środku centrum miasta, nie polecam.

Warto też coś wspomnieć o Marlence, czyli tradycyjnym, ormiańskin miodowniku, który zdobył w Czechach niemała popularność. Właściwie to zwykłe ciasto robione na miodzie, którego nie będę rozkładać na czynniki pierwsze, bo po co. Przepis na miodownik znajdziecie na każdej witrynie kulinarnej, instrukcja wykonania oryginalnej Marlenki również nie jest pilnie strzeżoną tajemnicą, więc każdy chętny może upiec sobie własną. Przemycę też info dla leniwych - w Beskidach przy granicy czeskiej kupicie ją w każdym górskim schronisku. I w kawiarni. I w piekarni. 

Patrząc na inne elementy czeskiej kuchni, z oryginalnych, nieznanych nam rzeczy, rzuciły mi się w oczy jedynie oszukane tłuczone ziemniaki. Myk polega na tym, by zalać je jak największą ilością mleka i podać klientowi cały talerz mało treściwej ciapy, którą nie naje się nawet dwulatek. Poza tym, Czesi odżywiają się bardzo podobnie do Polaków. Cóż, w końcu jesteśmy sąsiadami.

WINO W PLASTIKU

Spożywcze zakupy w Czechach dzielą się głównie na wyprawę do mini marketu lub hipermarketu. Może zacznę od tych drugich, bo są o wiele nudniejsze i bardziej tendencyjne. W Pradze można wybrać się do Tesco lub Alberta, które nieznacznie różnią się asortymentem, ale ceny mają zupełnie śmieszne. W hipermarkecie, który znamy też w Polsce, można zrobić duże, trzydniowe zakupy za 200 koron. Czeski Albert oferuje nam za to zakup 4 produktów za niemal stówę. Refleksja jest jedna - idźcie do Tesco, bo można w nim słuszniej wydać pieniądze. Na przykład na zakup czekolady Studentskiej, z której Czesi są bardzo znani (ale pewnie sami jej nie jedzą, bo obrzydła im lata świetlne temu). Tesco oferuje nam również zakup niesamowicie taniego czeskiego jabola w plastikowej butelce. Niestety dostępna jest tylko wersja dla par i pijaków, licząca sobie 1,5 litra tego zbawiennego płynu. Ogólnie większość produktów wygląda identycznie jak u nas, różnią je jedynie czeskie nazwy. Jeśli chodzi o tendencyjne, sieciowe produkty, pozostaje mi jedynie polecić chrzanowy Kremilek do chleba, bo ma intensywniejszy smak niż polskie Almette.

Mini markety to raj dla patologicznych turystów. Dostaniecie w nich te wszystkie porąbane rzeczy, o których śniliście po nocach. Wybór piw i drinków jest niesamowity. Chciałam wykupić te wszystkie Cosmopolitany i Pinacolady w butelkach, ale było ich tyle, że popadłabym zapewne w problem alkoholowy. Słodycze są najróżniejsze - od angielskich czekoladek z masłem orzechowym po batony, które przywiozła mi kiedyś ciocia z Australii. Również każdy pseudozielarz znajdzie coś dla siebie, bo spotkałam się tam z marihuanowymi czekoladkami, gumami, lizakami, chipsami, a nawet... piwem. Ogólnodostępne są również ciasteczka z haszyszem. Nie bądźcie jednak naiwni, bo wszystkie używkowe słodycze zawierają jedynie barwniki i syntetyczne aromaty, więc nie poczujecie niczego mistycznego. Ale jednak taka czekolada podarowana polskiemu przyjacielowi to niesamowity czeski szpan. Dobrze o tym wiem, bo... sama ją kupiłam i właśnie wsuwam kolejną kostkę. Oj, zapomniałabym! W Czechach nie ma też problemu z zakupem Absyntu, uważajcie tylko, by nie przepłacić (do 300 koron za średnią butelkę jest ceną do zniesienia, na wyższe nawet nie patrzcie, bo zwyczajnie nie warto).

SADZIĆ, PALIĆ I PŁACIĆ

Poniższy akapit nie ma na celu promocji niedozwolonych używek. Jest jedynie zbiorem informacji, który ma obalić mit o regulacjach prawnych dotyczących marihuany w Czechach. Tak tylko mówię, żeby ktoś mnie nie posądził o demoralizację.

Teraz was zadziwię, Pewnie jak większość społeczeństwa jesteście przekonani o zupełnej legalności marihuany w Czechach. Możliwie myślicie, że każdy Prażanin ma w domu małą plantację, na której zarabia miliony monet. Nic bardziej mylnego, bo możliwość sprzedaży, kupna i uprawy zielonego wygląda u sąsiadów nieco śmiesznie i nielogicznie. Jeśli handlujesz, możesz posiadać przy sobie do 10 gram marihuany - jest to karane jedynie grzywną, a do więzienia trafia się dopiero przy posiadaniu większej ilości. Mając nadmiar pieniędzy możesz również zasadzić 5 krzaków, co jest karane identycznie jak powyższy przypadek - mandatem. Najbardziej bawi mnie jednak fakt niedozwolonej sprzedaży (sprawa wygląda identycznie, za dziesiątkę płaci się grzywnę), ale zupełnie legalnego kupna 10 gramów za jednym razem. Posiadając receptę, w celach medycznych można nabyć oczywiście więcej, a także wystąpić o zezwolenie prawne na posiadanie krzaka lub możliwość zagranicznego transportu swojego zielonego medykamentu. Bo ogólnie przewożenie do 10 gram również jest karane mandatem. Wygląda to trochę nielogicznie, ale w teorii jest proste - żeby zabłysnąć czeską wiedzą przed kumplami, wystarczy zapamiętać tylko dziesiątki i jedną piątkę. Voilà, teraz możecie napisać jakiś interesujący referat na WOS, czy inny WDŻ. Nie ma za co!

Dzisiejszą część cyklu o Pradze oficjalnie uważam za zakończoną. Jeśli macie jakieś pytania, nie wstydźcie się używać formularza komentarzy. Gwarantuję, że znając odpowiedź, na pewno się nią podzielę. I oczekujcie niecierpliwie kolejnej części, bo bankowo się tu pojawi. Dawno niczego nie pisałam z takim zaangażowaniem, chyba powinnam zostać profesorem.

Ciemniejsza strona Górczyk, czyli najnowszy ''Grey''


Szczerze przyznam, że Ciemniejsza strona Greya była produkcją, której najbardziej oczekiwałam w pierwszej połowie nowego roku. Jestem biedną studentką, więc oczywiście nie wybrałam się do kina, a obejrzałam film na najlepszym przyjacielu człowieka marki Toshiba. Po seansie pozostaje mi jednak jedynie grzecznie poprosić o dodanie mi do najbliższej doby zmarnowanych 2 godzin. Chcecie się dowiedzieć, co mnie w nowym Greyu tak strasznie rozczarowało?

Na początku muszę sprostować, że wcale nie jestem fanką serii. Pierwsza część książki przytłoczyła mnie na tyle, że pomimo 2 podejść nie udało mi się dotrzeć nawet do połowy. Jako, że więcej oglądam niż czytam, dodam również, że 1 część trylogii (poszłam na nią do kina, czasem mi się zdarzy!) była niesamowitym średniakiem, którego ratował głównie soundtrack i kilka zgrabnych ujęć. Recenzowałam projekcję na starym blogu, więc jeśli jesteście zainteresowani, szukajcie jej tam.

DZIENNIKARSKA CIEKAWOŚĆ

Głupio powiem, że czekałam na Ciemniejszą stronę Greya, bo minimalnie zainteresowała mnie historia ukazana w 1 części. Żartuję! Byłam niesamowicie, po dziennikarsku ciekawa, jak rozwiążą się sprawy miłosne między Anastasią i Christianem. Czasami po prostu lubię pożyć cudzym życiem, mam takie dziwne hobby. Swoją ciekawość zaspokoiłam niesamowicie, bo film odpowiedział na wszystkie moje ciężkie wątpliwości związane z relacjami głównych bohaterów. Nie chcąc spoilerować (mam w sobie jeszcze resztki empatii) powiem jedynie, że sprawy rozwiązały się totalnie inaczej, niż myślałam i jestem tym niesamowicie rozczarowana.

HELIKOPTER I SUKIENKA

Tak naprawdę jedyną konkretnie udaną częścią filmu jest soundtrack. Cover The Scientist Coldplay, który otwiera projekcję jest przesłodki. Podobnie adoruję Helium Sii i I Don't Wanna Live Forever autorstwa Zayna i Taylor Swift. Zapętlam te piosenki od dobrych kilku dni i czuję się z tym bardzo dobrze. Poza cudowną ścieżką dźwiękową dodam, że podobała mi się też wielka jak hotel chata Greya, w której sama chciałabym zamieszkać. Podobnie sprawa ma się z pięknymi widokami na (chyba) ocean, zarąbiście szpanerskim helikopterem Grey Enterprises i balową sukienką Any. To wszystko było estetyczne, ładne i amerykańskie. Cała reszta filmu to dno i wodorosty.


EROTYKA DLA MŁODYCH

Nie mam pojęcia, od czego zacząć tę tyradę rozczarowania i bólu. Może od scen erotycznych, bo dobrze wiem, na co czekacie. Sama nie jestem fetyszystką BDSM i prędzej zgodziłabym się na zjedzenie pizzy z oliwkami niż kajdanki w łóżku. Patrzeć na takie sceny również nie lubię, bo oglądanie krzyczącej z bólu, związanej Dakoty Johnson jest dla mnie zwyczajnie niekomfortowe. Scenarzysta posunął się korzystnie na tyle, że w Ciemniejszej stronie Greya najostrzejszą praktyką sado-maso było krępowanie kostek i klapsy po tyłku, a nie napierniczanie się biczem jak w 1 części. Nie zmienia to faktu, że erotyka w filmie była tragiczna jak żarty ze Studia Yayo. Wszystkie sceny łóżkowe zawierały po 1000 cięć i ograniczały się głównie do pokazania kawałka piersi bez sutka i palca u stopy. W innej masówce o miłości całkiem by mi to odpowiadało, ale chwila... czy trylogia Greya nie jest przypadkiem cyklem adaptacji książek erotycznych? W takim przypadku pokazywanie łokci i dolnej połowy pleców to straszna słabizna. I nie tłumaczcie tego, proszę, ograniczeniem wiekowym. Erotyka nie jest dla najmłodszych i podobne filmy powinny być emitowane dla osób pełnoletnich. To skutecznie rozwiązałoby problem pokazywania ćwierćnagości.

DREWNIANE SZTACHETY

Same sceny (mam już na myśli te zwyczajnie) były strasznie źle cięte. Za każdym razem gdy pojawiał się ciekawy wątek, odcinano go i kontynuowano inny interesujący fragment ucięty 5 minut wcześniej. Gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia. Dakota Johnson przez 2 godziny miała identyczną, zmanierowaną minę, a Jamie Dornan jedynie patrzył w przestrzeń bez żadnego wyrazu. Nie mówię od razu, że w roli Greya powinni obsadzić arcyprzystojnego Daniela Craiga (kolejny żarcik, tak naprawdę niesamowicie bym tego chciała), bo mniej doświadczonym też należy dać cień szansy. Polecam jednak więcej aktorów, a mniej drewnianych sztachet od płotu. Jeśli mogę się jeszcze do czegoś przyczepić, powiem tylko, że scena z kulkami była śmieszna w swojej żałosności. Serio. Rozumiem, że każdy bawi się po swojemu, ale litości Christian, na balu charytatywnym?! To niesmaczne, stary. O dialogach miałam się nie wypowiadać, ale jakaś wewnętrzna część mnie czuje niedosyt. Pójdę z tobą na obiad, bo jestem głodna, nie jest przykładem dobrze zrobionej roboty, tyle z mojej strony.

Czy to już czas na podsumowanie? Cóż, Ciemniejsza strona Greya przerosła moje najśmielsze rozczarowania. Chyba włączę sobie piosenkę, którą wkleiłam powyżej, żeby poczuć się lepiej. Na Nowe oblicze Greya czekała nie będę, bo wyczuwam tendencję spadkową. Skoro pierwszą część oceniłam na 6/10, a drugą na 4, zapewne trzecia nie otrzyma noty wyższej niż 2. A miało być tak pięknie.

Grafikę podpierniczyłam z Movie Web i mam nadzieję, że nie dostanę za to pejczem po pleckach, bo byłoby mi bardzo smutno. Przecież mówiłam, że nie lubię przemocy.

Pojechałam do Pragi - dojazd, komunikacja miejska i ceny


Witam was wszystkich serdecznie na mojej nowej witrynie Karolina Górczyk - bardzo ironiczny lifestyle. Pewnie znacie mnie już z Lajfstajlu ironią płynącego, gdzie pisałam pod pseudonimem Sherly. Studia zmieniają człowieka, a ja chyba zapragnęłam być jak ci wszyscy poważni redaktorzy i piszę teraz pod własnym nazwiskiem. Jeśli chcecie mnie śledzić, strzelcie like na Facebooku, zaobserwujcie Instagrama i dodajcie uroczasherly na Snapchacie. Tymczasem zapowiadam serię o wyprawie do Pragi. W 1 tekście opowiem wam coś o dojeździe, komunikacji miejskiej i cenach, a w kolejnych postach oczywiście zajmę się resztą (w tym marihuaną, bo wiem, że jesteście ciekawi). No to do dzieła!

NOGI NA TWARZY

Nasze połączenie Katowice-Praga odjeżdżało 15 lutego, 45 minut po północy. Pomyślicie sobie, że to idealna pora na wycieczkę, bo przecież można przespać calutkie 6 godzin podróży na wygodnych kolankach faceta. Nic bardziej mylnego! Piętrowy Polski Bus, który rozpoczynał trasę w Radomiu dojechał na nasz dworzec PKS tak niesamowicie wypchany, że pomimo rezerwacji ciężko było się gdziekolwiek wcisnąć. Zajęłam więc miejsce koło jakiegoś losowego pana, który oglądał filmiki na komórce i poczęłam świecić mu w oczy latarką z telefonu, bo mój biedaczytnik nie ma podświetlanego ekranu i muszę używać wspomagaczy. Zdjęłam butki i postanowiłam oprzeć nogi o trzymadło na siedzeniu przede mną, ale ciągle zsuwały mi się kolana. Gdy siadałam po turecku trzymałam nogę pod brodą współpasażera, więc szybko dałam sobie spokój. Jakakolwiek próba wygodnego ułożenia się kończyła się tym, że po 5 minutach tak bolały mnie kostki, że miałam ochotę na trzy paczki Ketonalu Forte. W cholernym Polskim Busie było tak niesamowicie ciasno, że nawet położenie sobie nóg na twarzy było tragicznym pomysłem - nie zmieściłabym się na siedzeniu. Gdy po 6 godzinach męki w autobusie z toaletą bez wody dojechaliśmy do Czech, radości nie było końca. Na szczęście cena była niewysoka (jakieś 80 zł w obie strony). bo inaczej zrobiłabym komuś krzywdę. Na przykład rozłożonemu na 2 siedzeniach Chińczykowi, który spał w najlepsze, podczas gdy ja walczyłam z upchnięciem swojej skromnej osoby z torebką na 1 miejscu. Poszczęściło nam się chociaż na tyle, że wysiadł w Brnie i mogliśmy zająć jego fortecę. Tyle dobrego.

POJEŹDZIJMY SOBIE METREM

Komunikacja miejska w Pradze działa lepiej niż we wszystkich polskich miastach razem wziętych. Autobusem, tramwajem lub metrem można dojechać niemal wszędzie. Dwa pierwsze stawały w odległości 5 minut od naszego hotelu, na trzeci trzeba było się przesiąść, ale w Pradze nawet to jest dziecinnie proste. Wszystkie stacje i przystanki są dobrze oznakowane, a środki transportu nawet podadzą nam nazwę następnej stacji milutkim głosem z syntezatora. Oczekiwanie na przyjazd również jest niedługie - w godzinach szczytu metro jeździ mniej więcej co 2 minuty, a tramwaj co 5. Nieco gorzej to wygląda z autobusami, dlatego nikt nimi nie jeździ. Z biletami też nie ma tragedii, bo całodniowy kosztuje jedynie 110 koron. Szkoda, że zauważyliśmy to dopiero 2 dnia i cały czas kasowaliśmy nieopłacalne jednorazowe, ale mogę wam chociaż pokazać, jak wyglądają. Zapomniałabym, uważajcie koniecznie na bilety ulgowe, bo pod tym względem Czesi nie akceptują polskich legitymacji studenckich, więc trzeba skasować normalny. W ten sposób wydajemy dwukrotność, no ale narodowości się nie wybiera.

BILETY (OD LEWEJ: 30-MINUTOWY I 90-MINUTOWY, CAŁODNIOWY)  


MILIARD KORON

Zanim jakkolwiek zapoznam was z praskimi cenami, najpierw może powiem, jak wygląda przelicznik czeskich koron na polskie złotówki. W polskim kantorze można dostać 100 koron za nieco ponad 16 złotych. Sama wymieniłam trochę za mało i musiałam potem latać po czeskich placówkach, gdzie często pobierają niemałą prowizję za wymianę, na czym nieco się przejechałam i dokonałam trochę niekorzystnej transakcji. Zanim polecę z cenami powiem tylko, że zakupy robiliśmy głównie w (droższym) Albercie i (tańszym) Tesco. I uważajcie na grosiki, bo Czesi nie mają monet groszowych i cyfry po przecinku na paragonie zaokrąglane są w górę lub w dół zależnie od tego, czy przekroczyliście 0,50, czy też nie. Dobra, zaczynamy.

ŚREDNIE CENY PRODUKTÓW SPOŻYWCZYCH W PRADZE

Woda mineralna 1,5 l - 10 koron (tyle co pocztówka, można pić)
Jogurt owocowy - 7 koron (ale tylko na promocji, bez jest już za 10)
Serek do chleba - 13 koron (dobry i czeski, ale mały)
Czekolada Studentska - 30 koron (to ta znana i dobra, zróbcie zapasy)
Najtańsze, parszywe wino w plastikowej butelce 1,5 l - 25 koron (pewnie dobre, bo dobre i tanie, z dedykacją dla mnie z czasów licealnych)
Czekolada z ziarnami maryśki - 75-100 koron (do wyboru jest mleczna, gorzka i biała)
Lizak o smaku maryśki - 60 koron (z góry odpowiadam na pytanie - nie kopie)
Czipsy o smaku haszyszu - 300-400 koron (ja nie wiem co to jest za wyczyn, poddaję się)
Pączuś w słodkiej polewie - 8-10 koron (identyczny jak w Polsce i nie mam pojęcia, czemu tak cholernie tani)
Drożdżówka z orzechami - 29 koron (jest super, polecam się zaopatrzyć na deser)
Gumy do żucia w dużych woreczkach - 35-50 koron (głównie takie jak u nas, z wyjątkiem balonowych Orbit z dzieciństwa, tam je mają!)
Sok owocowy - 30-50 koron (może są trochę inne smaki, ale to tylko sok; pijcie wodę, bo jest tańsza)

Tym optymistycznym, ekonomicznym akcentem kończę dzisiejszą część cyklu o Pradze. Do zobaczenia w kolejnym odcinku (skoro tak mówię, chyba staję się powoli znanym youtuberem), albo tekście, co brzmi raczej bardziej na poziomie.